Bieganie zimą, czyli miejski trial

Zima jest urokliwą porą roku. Niestety, nie zawsze sprzyjającą biegaczom. I nie mam na myśli temperatury powietrza (osobiście wolę temperaturę -5 stopni, niż 25 stopni), ale to, po czym zmuszony jestem biegać :) Przy takich chodnikach, jak dzisiaj ciężko jest zrealizować jakiś konkretny trening, ponieważ utrzymanie określonej prędkości graniczy z cudem. Bieganie wygląda mniej więcej tak: 200 metrów – odśnieżone, 300 metrów – śnieg do kolan, 50 metrów – piękny, czarny chodnik, 100 metrów – zaspy. I tak przez całą drogę. Dlatego zmuszony byłem zweryfikować zamierzenia i przejść na przymusową zabawę biegową. Właściwie tylko nadmorski deptak umożliwiał utrzymanie normalnego tempa. Pozostałe odcinki wymagały koncentracji, ale nie na biegu, a na tym, żeby nie skręcić nogi;)

Przy okazji zdałem sobie sprawę, że ostatni raz biegłem nad morzem jeszcze przed kontuzją, czyli jakieś pół roku temu. To jest bynajmniej dziwne – ktoś, kto mieszka daleko od morza robi wszystko, żeby się nad nim znaleźć. Natomiast ktoś, kto ma zaledwie kilka kilometrów do plaży bywa na niej okazjonalnie. Mam nadzieję, że już wkrótce uda mi się poukładać rozkład zajęć tak, żebym wrócił na nadmorskie treningi z Akademią Biegania (którą spotkałem po drodze i gorąco pozdrawiam :)).