IMG_0036

Przyszedł czas na sprawdzian formy – Bieg Urodzinowy Gdyni

Już tylko niecałe dwa dni pozostały do Biegu Urodzinowego Gdyni. Będzie to dla mnie pierwszy biegowy sprawdzian po kilkumiesięcznej przerwie, spowodowanej złamaniem zmęczeniowym kości piszczelowej.

Biegi organizowane w ramach Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych są jednymi z moich ulubionych. Jeszcze niedawno były to kameralne zawody – w 2008 roku linię mety Biegu Urodzinowego przekroczyło 282 biegaczy. Z upływem lat, wraz ze wzrostem popularności biegania, systematycznie zwiększała się liczba uczestników gdyńskich imprez biegowych. Aktualnie przeżywają prawdziwe oblężenie – w tym roku na linii startu Biegu Urodzinowego staną 4683 osoby (a dokładniej – tyle osób jest na liście startowej). Sentyment do tych biegów spowodował, że wśród tych prawie 5 tys. osób musiałem znaleźć się i ja. Tylko, szczerze mówiąc, ciężko jest mi określić cele na ten bieg. W miarę regularne treningi zacząłem miesiąc temu. Okres ten wykorzystałem na odbudowę ogólnej sprawności i wytrzymałości, dlatego większość z treningów stanowiły niezbyt długie biegi, w spokojnym tempie. Ostatnio zacząłem odwiedzać leśne pagórki oraz robić trochę dłuższe wybiegania i z radością stwierdzam, że nie jest tak źle – pokonanie 15 km w tempie 5:30 min/km nie stanowi dla mnie większego problemu, a nawet jest przyjemne. Jednak te kilka tygodni biegania (po kilkumiesięcznej przerwie) oraz praktycznie zero pracy nad szybkością,  nie dają nadziei na dobry wyniki. W sobotę będę usatysfakcjonowany, jeżeli uda mi się pokonać 10 km poniżej 50 min. Wiem, że dla wielu z Was takie tempo, to trucht, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano :) Zresztą, tak jak niedawno napisałem – na bicie rekordów jeszcze przyjdzie pora.

Pewnie część z Was stanie ze mną w sobotę na linii startu, dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć powodzenia!

P.S.

Na koniec jeszcze mała refleksja – na 2 tygodnie, poprzedzające każdy z gdyńskich biegów, na trójmiejskich ulicach pojawia się dziwnie dużo biegaczy. Dzień po zawodach jest już ich stanowczo mniej. Dla mnie to prawdziwi twardziele – nic nie robić przez kilka miesięcy, a następnie przygotować się  do biegu na 10 km w kilkanaście dni… To jest coś!:)