IMG_0444

Rowerowy Potop – zalaliśmy Szwecję

Wczoraj mieliśmy wspaniałą okazję pojeździć rowerami po południowym wybrzeżu Szwecji. Rowerowy Potop, to akcja organizowana przez AZS. Założenie jest proste – wieczorem wsiadamy na prom w Gdyni, rano jesteśmy w Karlskronie. Cały dzień jeździmy po Szwecji, a o 19.00 wracamy na prom i płyniemy do Polski.

W niedzielę ok. godz. 18:30 stawiliśmy się na odprawie promowej w Gdyni. Na początku formalności, sprawy organizacyjne i tym podobne rzeczy. Zanim wjechaliśmy na prom, musieliśmy poczekać na załadunek TIR-ów. Szczerze mówiąc, pierwszy raz widziałem z bliska, jak to wygląda i muszę przyznać, że nawet nie spodziewałem się, ile taki statek może zmieścić na swoim pokładzie. W pewnym momencie obsługa terminala dała nam zielone światło do wjechania na prom. Po zabezpieczeniu rowerów udaliśmy się do kajut. Nasz „apartament” był skromny, ale przyjemny i schludny. Trochę żałowaliśmy, że nie dopłaciliśmy do kajuty z oknem. Ale z drugiej strony płynęliśmy w nocy, więc i tak mało byłoby widać. Po rozpakowaniu rzeczy udaliśmy się na kolację. Idąc do restauracji zrobiliśmy mały rekonesans po statku. Po kolacji poszliśmy do klubu, aby trochę potańczyć. Na miejscu była już nasza niezawodna ekipa, więc zabawa była przednia. Szczerze mówiąc, to trochę nam się przedłużyła i poszliśmy spać następnego dnia ;)

Rano pobudka, śniadanie, pakowanie najważniejszych rzeczy i o godz. 9.00 byliśmy gotowi do drogi. Organizatorzy Rowerowego Potopu przygotowali uczestnikom kilka tras – od rowerowego spaceru po Karlskronie (ok. 45 km), po najdłuższą trasę hardcorową, liczącą 211 km. Wybraliśmy trasę niebieską, liczącą 65 km. Trasa ta biegnie wzdłuż wybrzeża szkierowego, wiedzie mostami i groblami między licznymi wyspami. Oprócz wspaniałych widoków, można po drodze zobaczyć m. in. cmentarzysko z epoki wikingów. Trasa kończy się na wyspie Hasslö.

Jak już jesteśmy przy trasach – pomimo, że wybiera się je podczas rejestracji na rejs, to nie ma problemu, aby na miejscu dokonać zmiany. Oczywiście, nie ma obowiązku jechania w zwartej grupie. Każdy może jechać swoim tempem, zatrzymać się kiedy chce itd. Wszyscy otrzymaliśmy mapki ze szczegółowym opisem, a na każdej z tras były narysowane strzałki, pokazujące kierunek, w jakim należy podążać. Strzałki byłe czytelne, ale mogłoby ich być trochę więcej. Generalnie nie było źle z oznaczeniami, ale kilka razy jechaliśmy na czuja.

Muszę przyznać, że zapewnienia organizatorów o pięknie tej trasy w 100% odpowiadają rzeczywistości. To co urzekło mnie na samym początku, to panujący porządek. Nie wiem, jak wygląda reszta Szwecji, ale w rejonach Karlskrony nie ma obdartych budynków, śmieci na ziemi, zniszczonych wiat autobusów itp. Domy są ładnie wymalowane (łącznie z wiejskimi zabudowaniami gospodarczymi), a trawniki przystrzyżone. Szwedzi nie stawiają wielkich płotów między domami, co może wskazywać, że nie obawiają się, że coś im sąsiad buchnie ;) Rzucił nam się w oczy wszechobecny spokój. Praktycznie nie widać na ulicach ludzi, jakoś mało jest samochodów i to do tego stopnia, że mniejsze miejscowości wyglądają jak piękne, ale wymarłe miasteczka.

Co do trasy, to przyznam, że byłem trochę zdziwiony. Do Szwecji płynąłem przekonany, że będzie płasko, a okazało się, że całkiem spory kawałek trasy to podjazdy i zjazdy. Nie były to jakieś strome góry, ale co niektórym skutecznie „urozmaiciły” drogę. Rejon, w którym mieliśmy okazję jeździć, jest bardzo przyjazny rowerzystom. Większa część trasy biegła po szeroki drogach rowerowych, po drodze można było zauważyć liczne przypadki infrastruktury rowerowej, takie jak np. stojaki przy przystankach autobusowych. No i jechaliśmy tymi drogami, mijając kolejne miejscowości, zachwycając się otaczającą przyrodą (wokół Karlksrony jest 1650 wysp), aż dojechaliśmy do portu na wyspie Hasslö. W drodze powrotnej zrobiliśmy małą modyfikację trasy i skręciliśmy do centrum Karlskrony, gdzie rozkoszowaliśmy się pięknem tego miasta. W tym samym czasie, większość uczestników Rowerowego Potopu pobudzała swoje kubki smakowe w słynnej lodziarni. Lodów nie jedliśmy, ale sam ich widok zrobił na nas wrażenie. Jeżeli ktoś zamówił loda o 3 smakach, to czekało na niego nie lada wyzwanie, bo każdy ze smaków to odpowiednik siedmiu gałek ;)

Po odpoczynku, połączonym z degustacją, pojechaliśmy na prom. Po dojechaniu na miejsce spojrzałem na GPS. Okazało się, że przez dokonane przez nas modyfikacje trasy, z planowanych 65 km zrobiło się 78 km.

Wieczorem odbyło się spotkanie integracyjne, podczas którego zorganizowano pokaz zdjęć z Rowerowego Potopu oraz rozlosowano nagrody, w tym rejs do Szwecji. Po spotkaniu pobawiliśmy się jeszcze chwilę w klubie i poszliśmy spać. Rano obudził nas Louis Armstrong, śpiewający piosenkę „What a wonderful word”. Tak właśnie wygląda pobudka na promie – w pewnym momencie z głośnika w kajucie zaczyna lecieć muzyka i nie ma możliwości, a przynajmniej nam się nie udało, żeby Pana Armstronga ściszyć ;)

O 7:30 prom zawinął do portu w Gdyni. W tym momencie skończyła się nasza przygoda. Było rewelacyjnie! Oferta AZS i StenaLine jest bardzo korzystna. Za całość zapłaciliśmy 169 zł za osobę. Cena obejmowała rejs w dwie strony, śniadanie, wspomnianą wyżej wycieczkę, pamiątkową koszulkę oraz ubezpieczenie. Generalnie widzę tylko jedną dużą wadę tego przedsięwzięcia – szkoda, że tak krótko. Przez te kilka godzin mieliśmy okazję poznać uroki małego skrawka Szwecji. I muszę przyznać, że piękno tego kraju zachęciło nas do tego, aby jeszcze tu wrócić. Kto wie, może podczas kolejnego Rowerowego Potop?