mapa

Udany debiut podczas Kaszubskiej Włóczęgi

Jakiś czas temu Marta rzuciła w pracy pomysł, żebyśmy zorganizowali ekipę na Kaszubską Włóczęgę. Jest to impreza na orientację, w której uczestnicy mają za zadanie potwierdzić w określonym limicie czasu swoją obecność przy ustawionych w terenie punktach kontrolnych lub wykonać określone zadanie. Propozycja wydała się na tyle ciekawa, że razem z Arletą postanowiliśmy, że chętnie weźmiemy w tej imprezie udział. Marta wysłała zgłoszenie, wpłaciliśmy wpisowe i klamka zapadła – odwrotu nie ma :)

Organizatorzy Kaszubskiej Włóczęgi przygotowali kilka tras pieszych o zróżnicowanym stopniu trudności, trasy kajakowe oraz trasę rowerową. My, z racji praktycznie zerowego doświadczenia w tego typu rozrywkach, wybraliśmy trasę dla początkujących, a właściwie, jak to ładnie określili organizatorzy, Trasę Mało Trudną, o zachęcającej nazwie „To moje bagno!”. Trasa miała mieć ok. 12 km, punkty kontrolne miały być rozstawione w stosunkowo łatwych do zlokalizowania miejscach, ale wymagających poruszania się także po rzeźbie terenu. Dla tych, co nie są w temacie, uczestnicy tego typu imprez nie mają dostępu do map przed rozpoczęciem zawodów i nie wiedzą, w którym miejscu organizatorzy rozlokowali punkty kontrolne. Oczywiście, jak to bywa w przypadku bardzo zajętych ludzi, dopiero dzień przed imprezą zaczęliśmy zastanawiać się, o co tak naprawdę chodzi w tych imprezach na orientację. Rzuciliśmy okiem na znalezione w sieci poradniki, regulamin zawodów i zaczęliśmy odkrywać magiczne informacje dot. punktów stowarzyszonych, kart startowych, zasad potwierdzania punktów, nawigowania między punktami. Dużo tego było, więc jakoś bardzo się w to nie wgłębialiśmy.

W sobotę rano spotkaliśmy się na dworcu PKS w Gdańsku. Na miejsce imprezy dojechaliśmy autobusem podstawionym przez organizatora. Na miejscu dokonaliśmy rejestracji, złożyliśmy rzeczy w depozycie i poszliśmy na kawę. Kolejne drużyny startowały w odstępach czasowych, zgodnie z wcześniej rozlosowaną kolejnością. Nam przypadł start w 90 minucie, a więc mieliśmy trochę czasu na leniuchowanie i rozmowy. O godz. 11.30 odebraliśmy mapy. Dobrze, że osoba wydająca nam karty dostrzegła, że jesteśmy zieloni w temacie i poinformowała nas, jak mamy dokonywać potwierdzeń. Szybki rzut okiem na mapę i ruszyliśmy w drogę. Punkty zostały rozrzucone wokół czterech jezior: Czarnego, Białego, Odnogi i Potęgowskiego. Pierwszy punkt odnaleźliśmy bez większych problemów, ale z kolejnymi nie zawsze szło tak łatwo. Już przy drugim punkcie ulokowany został punkt stowarzyszony, za którego potwierdzenie otrzymuje się punkty karne. Po analizie rzeźby terenu wybraliśmy ten, który naszym zdaniem był właściwy. Na trzecim punkcie musieliśmy znaleźć odpowiedź na pytanie „Gdzie w Potęgowie można nabyć pozwolenie na wędkowanie?”. Udało się – odpowiedź umieszczona była na tablicy informacyjnej przy brzegu jeziora. Czwarty punkt zlokalizowaliśmy bez problemu. Szukając piątego punktu, w pewnym momencie stwierdziliśmy, że znajdujemy się w miejscu, w którym już byliśmy. Na szczęście przyszły nam z pomocą linie wysokiego napięcia i wróciliśmy na właściwy tor. Po zaliczeniu piątego i szóstego punktu kontrolnego udaliśmy się w kierunku Zamkowej Góry, na której znajdował się następny punkt. Na tarasie widokowym zrobiliśmy sobie krótką przerwę na jedzenie. Do punktów ósmego i dziewiątego, znajdujących się w okolicach przepustów, dotarliśmy, jak starzy wyjadacze, czyli po rzeźbie terenu. Punkt dziesiąty miał się znajdować w miejscu zejścia dwóch dolin. I taki punkt znaleźliśmy, tylko dziwnie blisko od poprzedniego. Nie, to nie mógł być ten punkt. Zeszliśmy trochę w dół i znaleźliśmy ten prawidłowy. Kolejne dwa punkty odnaleźliśmy dosyć szybko, trochę dłużej zeszło nam na szukaniu trzynastego, ostatniego punktu. Wprawdzie znaleźliśmy lampion, ale coś nam nie pasowało. Po zastanowieniu się, przenalizowaniu mapy i rzeźby terenu podjęliśmy jednak decyzję, że prawdopodobnie jest to ten właściwy punkt. Po zebraniu wszystkich potwierdzeń udaliśmy się na metę. Udało nam się przejść trasę w regulaminowym czasie 300 min. Jeżeli chodzi o dystans, jaki pokonaliśmy, to z planowanych 12 km zrobiło się ponad 17 km.

Po oddaniu karty, zjedliśmy obiad, a później czekał nas długi odpoczynek, bo autobus powrotny mieliśmy dopiero o 21.00. Ok. 20.00 pojawiły się wyniki. Podchodzę, patrzę, a nasz zespół jest na pierwszym miejscu! Po otrząśnięciu się z szoku analizuję wyniki, a tutaj wychodzi, że nie mieliśmy ani jednego punktu karnego, co jest jednoznaczne z tym, że pomimo zmyłek organizatorów, udało nam się prawidłowo zlokalizować wszystkie punkty! Przekazałem wesołą nowinę Arlecie i Marcie. Oczywiście, uwierzyły mi dopiero po obejrzeniu zdjęć listy wyników :) Po ogłoszeniu wyników odbyło się wręczenie dyplomów i nagród. Po 21.00 autobus zabrał nas do Gdańska.

To była wspaniale spędzona sobota. Pomimo tego, że trasa była mało wymagająca, uznaję nasze I miejsce za duży sukces. Co do moich spostrzeżeń odnośnie imprez na orientację, to jest to coś wspaniałego. Udział w tego typu rywalizacji daje możliwość aktywnego obcowania z naturą, ale w stopniu większym, niż np. bieganie po wyznaczonych trasach, wymaga myślenia, analizowania mapy, rzeźby terenu, kalkulowania i podejmowania decyzji. I chyba mogę stwierdzić za całą naszą trójkę, że lubimy to!