IMG_4294

Pomysł na urlop – rowerem do Wilna

Kiedyś nasz prawdopodobnie najsłynniejszy wieszcz napisał „Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie…”. Przyznam, że „Pana Tadeusza” czytaliśmy dawno, ale zainspirowani lekturą postanowiliśmy sprawdzić, czym tak Adam Mickiewicz się zachwycał. A nie ma nic lepszego, jak zwiedzanie świata na dwóch kółkach.

Wycieczkę do Wilna odbyliśmy w sierpniu 2011 roku. Naszą wakacyjną przygodę rozpoczęliśmy w Ełku, z którego udaliśmy się na pierwszy nocleg do Augustowa (namiot rozbiliśmy na jednym z kilku pól namiotowych nad Jeziorem Sajno). Kolejnego dnia pojechaliśmy na nasz drugi i ostatni nocleg po polskiej stronie, który spędziliśmy nad Jeziorem Pomorze k. miejscowości Giby. Po przebudzeniu spakowaliśmy szybko nasze bagaże i pojechaliśmy w kierunku przejścia granicznego w Berżnikach. Po drodze spotkaliśmy parę rowerzystów z Olsztyna, którzy postanowili, że przejadą się z nami na przejście polsko-litewskie. Po drodze toczyliśmy z ową parką niezwykle ciekawe dyskusje, które spowodowały, że delikatnie zboczyliśmy z trasy… i przekroczyliśmy granicę ok. 10 km od miejsca, w którym planowaliśmy ją przekroczyć. Ta mała nawigacyjna pomyłka spowodowała, że trzeba było zmienić planowaną trasę. Ale przecież nikt nas nie gonił, więc nie stanowiło to dla nas większego problemu :) Ale wracając do trasy – po przekroczeniu granicy i przejechaniu ok. 10 km dojechaliśmy do miejscowości Kapciamiestis (Kopciowo), a następnie do Veisiejai (Wiejsieje). Po małym posiłku i rzucie okiem na mapę postanowiliśmy, że dojedziemy nad Jezioro Seirijis i rozbijemy namiot w jakimiś miłym miejscu. Trasa do Seirijai biegła początkowo mało przyjemnym szutrem (stanowczo odradzam jazdę rowerem po drogach zaznaczonych na mapie kolorem białym – mi też odradzali, ale niestety nie słuchałem ;) ). Po kilku kilometrach dojechaliśmy do lasu, który wydawał się tak niedaleko docelowego miejsca noclegu… No ale wspomnę, że jeżdżąc po leśnych dróżkach posługiwałem się mapą 1:700 000, co oczywiście spowodowało, że nasza trasa trochę się wydłużała ;) Ale w końcu udało nam się dojechać do miejsca noclegu.

Drugiego dnia naszego pobytu na Litwie zaplanowaliśmy dojechać przez Alytus (Olitę) do miejscowości Piwoszuny. Z Serijai do Alytus jechaliśmy drogą nr 132, która przypomina naszą siódemkę, z tą różnicą, że jeździ po niej dużo mniej samochodów. Alytus to szóste co do wielkości miasto na Litwie, ale szczerze mówiąc, nie ma w nim nic ciekawego. W związku z powyższym, nasz pobyt w tym mieście ograniczył się do rundki dookoła centrum oraz obiadu. Następnie udaliśmy się drogą nr 220 w kierunku Piwoszun.Ok. 8 km. od celu złapała nas potężna ulewa. W związku z powyższym postanowiliśmy szybko rozbić namiot. Zatrzymaliśmy się przy małej, rozpadającej się chacie, przed którą biegała chmara dzieci. Chcieliśmy zapytać się gospodyni, czy możemy rozbić namiot przed domem, ale okazało się, że pani nie znała ani polskiego, ani angielskiego, ani rosyjskiego (a język litewski to całkowicie inna bajka – nie ma szans, żeby dogadać się bez znajomości chociaż kilku podstawowych zwrotów). Wytłumaczyłem pani na migi, rysując namiot w powietrzu. Pani pokiwała głową, że się zgadza, ale po chwili zawołała jedną z córek. Dziewczyna przyszła z jakimiś kluczem i dała nam do zrozumienia, że mamy iść za nią. Po kilkuset metrach doszliśmy do  innej rozpadającej się chaty. Dziewczyna otworzyła drzwi – okazało się, że dom jest w trakcie remontu. Po uprzątnięciu narzędzi z podłogi zrobiliśmy sobie wygodne legowisko ;) Z samego rana obudziło nas pukanie do drzwi. Okazało się, że brat tej dziewczyny przyszedł kontynuować remont. W ciągu kilku minut spakowaliśmy nasze bagaże. Wiedzieliśmy doskonale, że w rodzinie tej się nie przelewa, dlatego postanowiliśmy, że w ramach podziękowania, damy chłopakowi 50 litów. Ale jak to w życiu bywa – bogaty zedrze z człowiek wszystko, a ubogi jeszcze odda to, co ma. Podobnie było w tym przypadku – nie chciał wziąć pieniędzy. Uprosiłem go, żeby wziął chociaż 20 litów (trochę rozumiał po rosyjsku, więc mu wytłumaczyłem, że na polu namiotowym również się płaci).

Po zakończeniu porannych transakcji udaliśmy się do Trakai (Troki). Troki były niegdyś jednym z najważniejszych centrów obronnych i politycznych państwa litewskiego. Zabytkowa część miasta usytuowana jest na półwyspie między trzema łączącymi się ze sobą jeziorami Galwa, Bernardyńskim i Tataryszki. W Trokach zwiedziliśmy m. in. gotycki zamek na wyspie (zrekonstruowany wg XV-wiecznej makiety) oraz XIX wieczne domy Karimów. Po zakończeniu zwiedzania i sytym obiedzie udaliśmy się na pole namiotowe. Okazało się, że pole ma całkiem wysoki standard, a więc mogliśmy wziąć upragniony prysznic, przeprać kilka rzeczy, zjeść dobrą kolację i wypić dobre piwo :) To się nazywa życie!

Rano spakowaliśmy nasz dobytek i wyruszyliśmy w kierunku Wilna. Jechaliśmy przez Lentvaris, Grigiskes i wyjechaliśmy na… zakorkowanej dwupasmówce. I w tym punkcie musieliśmy podjąć decyzję – albo jedziemy autostradą, albo szukamy innej drogi. Było późno, a do Wilna zostało na jeszcze ok. 12 km, więc postanowiliśmy wybrać pierwszą opcję. Jechało się strasznie, a finisz stanowił ok. 3 kilometrowy zjazd (wspaniałe uczucie jechać załadowany rowerem z prędkością ok. 60 km/h obok pędzących TIR-ów). Po dojechaniu do centrum miasta musieliśmy znaleźć drogę do mieszkania naszej rodziny, u której mieliśmy zatrzymać się na kilka dni. Na szczęście poszło nam bardzo sprawnie i już po kilkudziesięciu minutach byliśmy na miejscu.

Kolejne kilka dni to typowa sielanka :) Pomieszkiwaliśmy u mojej rodziny, która uraczyła nas typowo staropolską gościnnością. O Wilnie słyszałem wiele dobrego, ale to, co zobaczyłem zrobiło na mnie duże wrażenie. Miasto ma jedną z największych w Europie starówek i wiele zabytków wpisanych na listę światowego dziedzictwa kulturalnego. W ciągu tych kilku dni zobaczyliśmy m. in. Katedrę wileńską, Ostrą Bramę, Cerkiew św. Michała i Konstantyna oraz niezliczoną ilość innych zabytków. Oczywiście, w naszym planie zwiedzania Wilna nie mogło zabraknąć Zamku Giedymina na Górze Zamkowej oraz Trijý Kryžiý kalnas – Góry Trzech Krzyży, będącej najlepszym punktem widokowym na panoramę miasta. Góra zwieńczona jest trzema wielkimi krzyżami na pamiątkę umęczenia siedmiu franciszkanów.  Wilno przez długi okres swojej historii było miastem wielonarodowym i wielokulturowym, czego ślady widoczne są do dziś. To co rzuciło nam się w oczy, to ogromna ilość Polaków. Z drugiej strony co w tym dziwnego – Wilno zamieszkuje ponad 85 tys. Polaków! Tak się składa, że w tym mieście mam rodzinę, miałem okazję poznać ich znajomych – również Polaków. Idziemy do klubu, a tam prawie cała obsługa mówi po Polsku, jesteśmy w kawiarni – to samo. Wchodzimy do pierwszego kościoła, a tam ślub – oczywiście w języku polskim ;) Jednym słowem czuliśmy się, jak w domu!

 W Wilnie spędziliśmy 3 dni. Niestety, przyszedł czas pożegnania z rodziną i z tym pięknym miastem. Wstaliśmy rano i pojechaliśmy na dworzec kolejowy, z którego mieliśmy jechać pociągiem do Polski. Miał to być ostatni etap naszej przygody na Litwie. Miał być, bo okazało się, że jakimś dziwnym trafem pomyliliśmy godziny odjazdów pociągów i rozkład jazdy uświadomił nam, że następny pociąg w stronę polskiej granicy mamy następnego dnia. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – zostało nam jeszcze kilka dni urlopu, więc wsiedliśmy w pociąg do Kowna :)

Kowno, to drugie co do liczby mieszkańców miasto na Litwie. Planując wyprawę na Litwę nie mieliśmy tego miasta w planie podróży, więc tak naprawdę nawet nie wiedzieliśmy, co ciekawego można w nim zwiedzić. Na szczęście mieliśmy chociaż adres jedynego w mieście kempingu. Po drodze do kempingu zobaczyliśmy m. in. piękny Kościół Św. Michała Archanioła (dawna cerkiew prawosławna), ratusz, zamek oraz niezwykłe miejsce, w którym spotykają się ze sobą rzeki Wilia i Niemen. Noc spędziliśmy na schludnym, dobrze wyposażonym, aczkolwiek położonym obok bardzo ruchliwej ulicy kempingu.

Rano wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie, złożyliśmy namiot i pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Dojechaliśmy do miejscowości Trekiszki i dalej rowerami do Puńska. Kilka kilometrów od Puńska trafiliśmy na urocze Jezioro Sejwy. Z racji tego, że zostało nam jeszcze trochę urlopu, podjęliśmy decyzję, że zostaniemy w tym miejscu na 2 dni. Były to dni błogiego lenistwa – opalaliśmy się, pływaliśmy rowerem wodnym oraz zwiedziliśmy okoliczny skansen.

Ostatnim etapem naszej wakacyjnej podróży był dojazd do Ełku. Mieliśmy trochę do przejechania, ale kilka dni odpoczynku umożliwiło nam naładowanie akumulatorów. Niestety, dała o sobie znać złośliwość rzeczy martwych – ok. 10 km od Suwałk pękł mi hak, a przerzutka wlazła między szprychy. Miałem ze sobą pół warsztatu, ale nie przyszło mi do głowy, żeby brać ze sobą zapasową przerzutkę. A więc pozostało tylko jedno wyjście – odgiąłem przerzutkę i postanowiłem, że popcham rower do Suwałk. Na szczęście po jakichś 3 kilometrach zatrzymał się miły traktorzysta, który wrzucił nas na przyczepę i zawiózł do serwisu rowerowego w Suwałkach. W serwisie tym miły gość wymienił mi cały napęd i mogliśmy jechać dalej. Niestety, przygoda z rowerem spowodowała, że straciliśmy kilka godzin. W konsekwencji wiedzieliśmy, że nie ma szans na dojechanie do Ełku. Ze względu na późną godzinę i ulewę zatrzymaliśmy się u dobrych ludzi w miejscowości Raczki. Dowiedzieliśmy się od nich, że w pobliżu zatrzymuje się autobus, który jedzie do Olsztyna. Postanowiliśmy, że zaryzykujemy – może trafimy na  kierowcę z sercem, który pozwoli nam wsadzić rowery do autobusu. Okazało się, że mieliśmy szczęście. Tak oto dojechaliśmy do Olsztyna i zakończyliśmy naszą wakacyjną przygodę.