IMG_1871

Rowerowa niedziela z Akademią Biegania, czyli Szlak Motławski po raz enty

Kilka dni temu wśród AB-owiczów (AB=Akademia Biegania) zrodził się pomysł zorganizowania niedzielnej wycieczki rowerowej. Wybór padł na Szlak Motławski, który ma swój początek w Tczewie, a kończy się w Gdańsku. Zanim wyruszyliśmy na szlak, przez kilka dni prowadziliśmy dyskusję, czy jedziemy pociągiem SKM do Tczewa i wracamy rowerami do Gdańska, czy jednak  jedziemy rowerami do Tczewa i wracamy SKM-ką do Gdańska. Z racji tego, że miałem ochotę na dłuższą przejażdżkę, byłem zwolennikiem opcji drugiej, przy czym zamiast pociągiem, chciałem wrócić do Gdańska rowerem. Jednak większość uczestników wycieczki wybrała opcję pierwszą, więc postanowiłem, że zrobię sobie indywidualną wycieczkę rowerową do Tczewa, a z Tczewa wrócę do Gdańska z grupą AB-owiczów.

Z domu wyruszyłem grubo po 6:00. Jako, że mieliśmy spotkać się w Tczewie o godz. 9:00, a do przejechania miałem tylko ok. 40 km, jechałem na pełnym luzie. Zgodnie z planem, w drodze do Tczewa miałem znaleźć kilka keszy (jeżeli kogoś interesuje, co to jest, to zapraszam na www.geocaching.pl) . Pierwszy, umiejscowiony w Pruszczu Gdańskim, zlokalizowałem bez problemu. Odnalezienie kolejnego, ulokowanego w pobliżu sanktuarium w Łęgowie, przyszło mi z większą trudnością – za kilka minut miała rozpocząć się msza, kręciło się dużo gapiów, więc musiałem poczekać na bezpieczny moment. Wreszcie doczekałem się, wydobyłem kesza i wpisałem się do logbooka’a. Następna skrytka znajdowała się w Pszczółkach. Zanim wyruszyłem w drogę, coś mnie tknęło, żeby spojrzeć na zegarek. Była godz. 8:23… Do Tczewa zostało mi jeszcze ok. 18 km i miałem pokonanie tego dystansu jedynie 37 minut. Rowerem szosowym nie byłoby problemu, jednak jechałem trekkingiem, z dosyć gruby oponami i sakwą na bagażniku. Nie było wyjścia, jak tylko cisnąć na pedały ile sił w nogach, zapominając o znajdujących się po drodze keszach. Do Tczewa udało mi się dojechać o 9:04. Akurat znajomi z Akademii Biegania wyszli z pociągu.

Przed dworcem zrobiliśmy pamiątkową fotkę i ruszyliśmy w drogę. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami mieliśmy przejechać Szlak Motławski. Pierwsza część rowerowej wersji szlaku została wytyczona szosami, co nie wszystkim odpowiadało. Widać zabrakło uzgodnień, czy jedziemy szlakiem pieszym, czy rowerowym;) We Wróblewie zrobiliśmy przerwę na drugie śniadanko i pogaduchy. Dalsza część trasy na szczęście biegła z dala od szosy, więc jazda przybrała dużo luźniejszy charakter. Jechaliśmy wzdłuż Motławy, głównie po drogach rowerowych oraz znienawidzonych przez wszystkich rowerzystów świata betonowych płytach ;) Do Gdańska dojechaliśmy przed 13:00. Zwieńczeniem wycieczki miały być lody skonsumowane na jednym z bastionów. Niestety, zaczęło padać więc musieliśmy zweryfikować nasze plany i lody zjedliśmy pod Bramą Nizinną. I tak oto zakończyła się dzisiejsza wycieczka. Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie pochwalił sie ilością przejechanych kilometrów – było ich ponad 90 ;)

Zobacz trasę na Endomondo

Fot. Agata Masiulaniec (Więcej zdjęć i relacja Agaty na blogu „Biegowy Świat”)

 

  • No super trasa. Pogoda rzeczywiście w ten weekend nie dopisywała, ale była znośna.