trasa

Rowerem z Ełku do Gdańska

Ponad 460 km rowerem z Ełku do Gdańska, a po drodze setki pięknych jezior mazurskich, morze, wspaniałe zabytki i życzliwi ludzie – tak w skrócie można opisać naszą wakacyjną przygodę.

Pomysł na tegoroczny urlop zrodził się spontanicznie. Jeszcze jakiś czas temu planowaliśmy, że objedziemy rowerami Półwysep Krymski, ale nasze zamierzenia popsuły podboje terytorialne Władimira Putina. Szukając alternatywy wpadliśmy na pomysł wypadu w góry. Niestety, 2 miesiące wcześniej nabawiłem się poważnej kontuzji nogi i im bliżej było do urlopu, tym bardziej oczywistym było, że z nogą raczej dobrze nie będzie. W ten oto sposób zrodził się pomysł przejechania rowerem z Ełku do Gdańska. Wybór trasy nie był przypadkowy – w 2011 roku przejechaliśmy trasę Ełk, Wilno, Kowno, w 2012 roku dojechaliśmy wybrzeżem do Niemiec, a więc planowana trasa wypełniła pewną lukę na mapie.

Ełk – Olecko (41,17 km)

Po kilkugodzinnej podróży dojechaliśmy do Ełku. Wsiadając do pociągu planowaliśmy, że z Ełku wyruszymy do Augustowa. Jednak w drodze doszliśmy do wniosku, że w Augustowie byliśmy podczas rowerowej podróży na Litwę, więc prawdę mówiąc nie ma powodu, dla którego mielibyśmy tam znowu jechać. Zmieniliśmy więc plany i udaliśmy się do Olecka. Przez całą drogę towarzyszyła nam wspaniała pogoda. Chociaż z drugiej strony upał nie ułatwiał nam pokonywania kolejnych podjazdów. Po dotarciu do Olecka udaliśmy się do punktu informacji turystycznej, aby dowiedzieć się gdzie znajduje się pole namiotowe. Pomimo tego, że otrzymaliśmy mapkę, mieliśmy problem, aby je odnaleźć. I chyba nie tylko my, bo okazało się, że jesteśmy jedynymi turystami, korzystającymi z tego pola. Warunki całkiem przyzwoite – teren ogrodzony, ubikacje, prysznice i ogólnodostępne zaplecze kuchenne umiejscowione są w nowym budynku. Po rozłożeniu namiotu pojechaliśmy do pobliskiej pizzerii, uzupełniliśmy zapasy energetyczne i wróciliśmy na nocleg.

 Olecko-Giżycko (69,29 km)

Noc minęła nam bardzo dobrze. Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie, złożyliśmy namiot, spakowaliśmy rzeczy i udaliśmy się w drogę do Giżycka. Po drodze mijaliśmy wiele mazurskich jezior i jeziorek. Pomimo tego, że było ich naprawdę wiele, z trudem przyszło nam znaleźć miejsce, w którym moglibyśmy się zatrzymać i popluskać. Popularność Mazur i coraz zasobniejsze portfele Polaków spowodowały, że tereny wzdłuż jezior są w większości prywatne i niedostępne. Na szczęście, udało się nam znaleźć fajne miejsce z wiatą, które z pewnością również było terenem prywatnym, ale stosownej informacji nie było, więc uznaliśmy, że jest to teren publiczny ;) W połowie drogi do Giżycka złapał nas deszcz, który towarzyszył nam do samego końca. Namiot rozbiliśmy przy przystani jachtowej, w porcie Ekomarina. Miejsce posiada super zaplecze sanitarne, jest restauracja, w której można zjeść smaczny posiłek. Jednak pole namiotowe samo w sobie nie jest rewelacyjne, Namiot rozbija się na trawniku. Nie ma czegoś takiego jak wydzielone pole namiotowe. Po drugie, jest to miejsce niezwykle popularne – jeżeli przeszkadzają komuś tłumy ludzi i dźwięki z pobliskiej dyskoteki, niech szuka innego miejsca. Na około Giżycka jest tyle fajnych miejsc, że nie powinno być z tym problemu. Gdyby nie fakt, że byliśmy przemoczeni do suchej nitki, pewnie pojechalibyśmy gdzie indziej.

Giżycko-Mikołajki (55,80 km)

Nie ma nic gorszego, niż pakowanie mokrego namiotu i rzeczy. Na szczęście ranek był pogodny, więc tym razem mogliśmy spokojnie wysuszyć ekwipunek i ruszyć w dalszą drogę. Po drodze minęliśmy Twierdzę Boyen.Widziałem ją już kilka lat temu, a że Arleta nie wykazywała specjalnego zainteresowania, odpuściliśmy sobie zwiedzanie. Niecały kilometr za Wilkasami skręciliśmy, aby odnaleźć ukrytego tam kesza. Niestety, tym razem się nie udało ;) W Bogaczewie trafiliśmy na wspaniałe miejsce z wiatą i pomostem, które wprost zachęcało do kąpieli. Oczywiście, dałem się skusić. W Bogaczewie skręciliśmy w czerwony szlak rowerowy, którym dojechaliśmy do Rynu. Po obiedzie i pobieżnym zwiedzeniu miasta wyruszyliśmy w stronę Mikołajek. Jadąc wzdłuż Jeziora Tałty szukaliśmy miejsca na nocleg. Tak szukaliśmy, że znaleźliśmy się w samych Mikołajkach. Wybraliśmy camping o ciekawej nazwie „Wagabunda” :) Miejsce o wysokim standardzie, dlatego wykorzystywane jest w głównej mierze przez zagranicznych wielbicieli kamperów. Jeżeli ktoś szuka spokoju, dobrych warunków sanitarnych i miłych gospodarzy, to polecam. Natomiast, jeśli ktoś chce poimprezować, to radzę szukać innego miejsca.

Mikołajki-Mrągowo (29,70 km)

Wyspani, spakowaliśmy nasz dobytek i udaliśmy się na śniadanie. Zanim wyruszyliśmy w kierunku Mrągowa, pojechaliśmy do centrum Mikołajek, aby odnaleźć dwa kesze. Miasto zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie – pomimo wielu turystów, nie czuliśmy się jakoś specjalnie przytłoczeni. Do Mrągowa jechaliśmy drogą nr 18. Po drodze, dokładnie nad Jeziorem Probarskim, zrobiliśmy sobie krótką przerwę na kąpiel w jeziorze. W Mrągowie zatrzymaliśmy się na polu namiotowym nad Jeziorem Czos. Aby tam trafić, należy pojechać na drugą stronę jeziora, praktycznie przez całe miasto. Przynajmniej była okazja do zwiedzenia Mrągowa :) Pole namiotowe należało do tych fajnych. Z racji tego, że byliśmy dosyć wcześnie, zrobiliśmy pranie, zakupy i pogrążyliśmy się w błogim lenistwie. Niestety, noc przyniosła zmianę pogody. Pranie było nadal mokre :( nie było sensu się pakować. Na szczęście urlopu zostało jeszcze sporo i nic nas nie goniło, więc postanowiliśmy, że zostaniemy w Mrągowie jeszcze jeden dzień. Czas ten wykorzystaliśmy na rowerową włóczęgę po mieście.

 

Mrągowo-Łędławki (57,17 km)

Liczyliśmy na to, że rano przywita nas słońce. Nic z tego. Niestety nie było mowy o dalszym lenistwie. Ruszyliśmy w drogę. Pierwszym dłuższym przystankiem na naszej trasie była Święta Lipka, w której znajduje się bazylika pw. Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. Sanktuarium jest z pewnością miejscem godnym uwagi, ale niestety trafiliśmy w sam środek uroczystości odpustowych. Trwająca msza, tłum ludzi oraz wszechobecny jarmark (tak, tak – wszystko na raz) skutecznie uniemożliwiły nam zwiedzenie. Do tego złapała nas mała ulewa, którą przeczekaliśmy pod przystaniem autobusowym. Ostatecznie i tak przegraliśmy z deszczem, który tego dnia dorwał nas jeszcze kilka razy. Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Reszel. Historia tego miasta jest silnie związana z moim rodzinnym Braniewem – to właśnie braniewscy mieszczanie w 1300 r. postawili tutaj osadę handlową.  To właśnie do Reszla przenieśli się wypędzeni z Braniewa jezuici i otworzyli swoje kolegium. Zwiedziliśmy zamek biskupów warmińskich wybudowany w latach 1350-1401. Sam zamek robi wrażenie, chociaż prawdę mówiąc, dużo do zwiedzania w nim nie ma. Na pewno warto wejść na wieżę, z której rozpościera się wspaniały widok na miasto. Z Reszla udaliśmy do Bisztynka. Trochę inaczej wyobrażaliśmy sobie tą miejscowość. Okazało się, że jest to prawie wymarłe miasteczko, w którym tak naprawdę nic nie ma, a już na pewno nie ma pola namiotowego ani campingu. Zgodnie ze starą zasadą „koniec języka za przewodnika” dowiedzieliśmy się w sklepie spożywczym, że ok. 5 km od Bisztynka znajduje się fajne gospodarstwo agroturystyczne o nazwie „Malinowy Chruśniak”. Znalazłem w internecie numer do gospodarza i zadzwoniłem, żeby zapytać się, czy ma jakieś wolne miejsca. Okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte, a jedyne, co może nam zaproponować, to drewniany domek na drzewie i kąpiel w misce (łazienki były przy pokojach gościnnych, nie było natomiast żadnej ogólnodostępnej). Nie mieliśmy alternatywy, więc przystaliśmy na zaproponowane warunki. Pomimo późnej pory załapaliśmy się jeszcze na obiad – pyszne pierogi, oczywiście własnoręcznie lepione przez gospodarzy. Po posiłku rozpakowaliśmy rzeczy w naszym apartamencie i poszliśmy posiedzieć przy ognisku. Noc zapowiadała się bardzo spokojnie. Jednak po kilkunastu minutach usłyszałem hałas w domku. Zapaliłem latarkę, rozejrzałem się po wnętrzu, a tam kot :) Położył się na sąsiednim materacu, więc życzyliśmy mu dobrej nocy i poszliśmy spać. Oczywiście w nocy kot znalazł się w naszych nogach. I tak leżał z nami do białego rana :)

Łędławki-Glebiska (73,64 km)

Rano, po  pysznym śniadaniu (gospodarze sami pieką chleb oraz wytwarzają większość oferowanych produktów) ruszyliśmy w drogę. Planując trasę tego etapu zdałem się całkowicie na to, co zaproponuje mi Google Maps. No i Google wywiozło nas w pole :) Przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy drogami polnymi, raz z górki, innym razem pod górkę. Pierwszym naszym przystankiem był Stoczek Klasztorny. Jest to malutka miejscowość, słynąca z sanktuarium maryjnego z bazyliką Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, w którym więziony był prymas Stefan Wyszyński. Podczas naszego pobytu w Stoczku niebo się zachmurzyło i zaczęło padać. Prognozowałem, że to będzie chwilowa ulewa. Niestety, okazało się, że kiepski ze mnie meteorolog i deszcz towarzyszył nam przez resztę dnia. Po ok. 11 km jazdy dojechaliśmy do Lidzbarka Warmińskiego, który był niegdyś stolicą Warmii. W Lidzbarku znajduje się wspaniały zamek biskupów warmińskich, którego niestety nie udało nam się zwiedzić. Pod zamkiem zorganizowano imprezę i ciężko było się gdziekolwiek dostać. Gościem imprezy byli Donantan & Cleo. Tak, tak, słowianki też były. Ale muszę Was zmartwić – było tak zimno, lał deszcz, a więc dziewczyny ubrały się tak, że było im tylko twarze widać ;) Z Lidzbarka Warmińskiego pojechaliśmy do Glebisk. Odkąd pamiętam, w miejscowości tej znajdowało się pole namiotowe. Dla pewności sprawdziłem w intenecie – jak wół napisane, że jest i zaprasza. No to zajeżdżamy do pierwszej lepszej chaty, pytamy gospodarzy, a oni mówią, że pole zwinęli 3 lata temu. Byliśmy przemoczeni, więc spytałem, czy w takim razie możemy rozłożyć namiot na ich podwórzu. Pozwolili :) Nawet gospodyni powiedziała, że możemy rowery schować do szopy. No to wpadliśmy na genialny pomysł, że może i my zainstalujemy się w szopie. Rozłożyliśmy na ziemi karimaty, gospodyni przyniosła nam wiadro wrzątku, nabrałem ze studni wiadro zimnej wody i przystąpiliśmy do typowych wieczornych czynności. Agroturystyka w wydaniu szopowym przysporzyła nam trochę atrakcji – okazało się, ze po naszej podłodze grasuje jakiś szczur. Przez pierwsze pół godziny czuwaliśmy, żeby dorwać małego intruza, ale byliśmy tak zmęczeni, że daliśmy sobie na luz. Na szczęście nic nam się nie stało ;)

Glebiska-Braniewo (34,13 km)

Pobudkę zrobiła nam gospodyni – wspaniała kobieta przyniosła nam wrzątek. Wypiliśmy ciepłą kawę, spakowaliśmy rzeczy i poszliśmy pożegnać się z gospodarzami. Chcieliśmy im jakoś podziękować za pomoc, ale w Glebiskach raczej ciężko o sklep, w którym można kupić upominek, a pieniążków nie chcieli. Gospodyni powiedziała tylko, że pomaga ludziom, bo tak trzeba i zawsze ma nadzieję, że jak jej dziecko znajdzie się w potrzebie, to również ktoś wyciągnie do niego pomocną dłoń. Takie chwile przywracają wiarę w ludzi, w ich dobroć oraz bezinteresowność. W takim razie jeszcze raz podziękowaliśmy i udaliśmy się w drogę do Braniewa. Tak, jak wcześniej wspominałem, Braniewo jest moim rodzinnym miastem. Stwierdziliśmy, że to dobra okazja, żeby spędzić czas z moją mamą,  i zatrzymaliśmy się na dwa dni.

Braniewo-Krynica Morska (29,14 km, z tego 14 km statkiem)

Wszystko, co dobre kiedyś się kończy, więc i przyszedł kres naszego lenistwa. Plan na dzisiejszy dzień był taki: ruszamy z Braniewa, jedziemy do Fromborka, a później przez Wysoczyznę Elbląską do Elbląga. Na molo we Fromborku przeczytaliśmy, że za godzinę odpływa statek do Krynicy Morskiej. Szybka wymiana zdań i zapada decyzja – zmieniamy plany i płyniemy do Krynicy Morskiej. Z racji tego, że do odpłynięcia statku zostało jeszcze trochę czasu, pojechaliśmy na obiad do przyportowej smażalni ryb. Rejs do Krynicy Morskiej trwał niecałe 1,5 godz. Po dopłynięciu do docelowego portu skorzystaliśmy z pomocy pracowników punktu informacji turystycznej, którzy pomogli nam zlokalizować znajdujące się w pobliżu pola namiotowe. Wybraliśmy taki spokojne, znajdujące się na uboczu. Co prawda w środku sezonu ludzi jest tam od cholery, ale druga połowa sierpnia to praktycznie koniec letniego szału. A i w ciągu ostatnich kilku dni pogoda była również średnia, więc i na polu było luźno.

 

Krynica Morska-Jantar (32,78 km)

Przez całą noc hulał wiatr. Niestety, rano okazało się, że wichura trwa w najlepsze. Co gorsze, wiatr wiał z zachodu, co oznaczało, że będziemy musieli zmagać się z nim przez całą drogę. Zanim na dobre opuściliśmy Krynicę, pojechaliśmy na plażę. Potwierdziły się nasze obawy – jechało się bardzo ciężko, szczególnie w miejscach, w których próżno było liczyć na osłonę lasu. W Sztutowie zrobiliśmy dłuższy postój.  Miejscowość ta, to nie tylko popularny cel turystycznych wypadów, ale przede wszystkim miejsce kaźni 65 tys. osób, które zginęły w funkcjonującym tu w czasie wojny niemieckim obozie koncentracyjnym „KL Stutthof”. Obóz zrobił na nas ogromne wrażenie. Żadna lekcja historii, żadna książka nie oddaje tego, co można poczuć zwiedzając kolejne obozowe baraki, komorę gazową, krematorium… Tego typu miejsca, ukazujące straszliwe oblicze wojny, powinny odpychać skutecznie możnych tego świata od wszelkich zbrojnych konfliktów. Niestety, jest zupełnie inaczej, a ostatnie wydarzenia utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie jest nam potrzebny kataklizm – sami doprowadzimy się do zagłady.

W Jantarze znaleźliśmy miłe i kameralne pole namiotowe. Wieczorem wybraliśmy się na plażę w poszukiwaniu skarbów. Wydawało się, że będziemy świadkami pięknego zachodu słońca. Niestety, w kulminacyjnym momencie słońce zostało przysłonięte przez wielką chmurę. Ale i tak było pięknie!

 Jantar-Gdańsk (37,64 km)

Rano, składając namiot, zdaliśmy sobie sprawę, że robimy to po raz ostatni. Aż ciężko uwierzyć, że te kilkanaście dni tak szybko mineły. Niestety, wszystko, co dobre kiedyś się kończy – nie było wyjścia, trzeba było żegnać się z przygodą. Po ok. 7 km jazdy, w Mikoszewie, wsiedliśmy na prom, który przetransportował nas przez Przekop Wisły. Tak oto znaleźliśmy się w Gdańsku :) Oczywiście, fakt przekroczenia granicy administracyjnej Gdańska nie oznaczał końca jazdy – do domu pozostało nam jeszcze ok. 30 km. Po dojechaniu do tego właściwego Gdańska, zatrzymaliśmy się na chwilę na Wyspie Spichrzów. Tak, mili Państwo – przez wiele lat miejsce to było niedostępne dla mieszkańców i turystów, ale od jakiegoś czasu można pospacerować wyremontowanym nabrzeżem. Muszę przyznać, że pomysł takiego zagospodarowania tego terenu był strzałem w dziesiątkę.

Tak oto skończyła się nasza wakacyjna przygoda.

 
  • Arleta Kulewicz

    Fajnie było ;*