„Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości” – książka, która mnie pochłonęła

Jakoś tak wyszło, że przez ostatnie kilka miesięcy książki biegowe niepodzielnie królują wśród prezentów, które sam sobie robię;) Ich poziom jest różny – od prawdziwych miernot, przez ciekawe, aż po takie, które czyta się jednym tchem. Do tych ostatnich z pewnością należy książka „Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości”, której autorem jest Dean Karnazes.

Dean Karnazes to typowy przykład człowieka sukcesu, który wspinał się po szczeblach kariery w korporacji. Najpierw gruntowne wykształcenie, dyplom MBA, później pogoń za kolejnymi kontraktami. Pomimo sukcesów zawodowych i pokaźnego konta, czegoś mu ciągle brakowało.

„Zabiegany w korporacyjnym kołowrotku, gdzieś w pogoni za pieniądzem i zaspokajaniem chęci posiadania, zgubiłem sprawy naprawdę ważne – przyjaźń, poznawanie świata, osobisty rozwój i poczucie sensu życia. Tęskniłem za miejscem, w którym mógłbym obcować z przyrodą i sprawdzić się; z dala od biura w budynku korporacji, w wielkim mieście z zatłoczonymi hipermarketami, pełnymi ludzi, którzy oceniają cię po marce samochodu (jeździłem, jakżeby inaczej, nowiutkim lexusem).”
Przełomowym momentem w jego życiu były 30 urodziny, kiedy to po powrocie z imprezy postanowił pobiegać. W jednym chwili, jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, jego życie nabrało nowego blasku – bieganie stało się motorem napędowym jego codziennej egzystencji. Dean przez kolejne lata rzucał sobie kolejne wyzwania, o których możemy przeczytać w książce. Najpierw był niezwykle trudny ultramaraton Western States 100-Mile Endurance Run. W 2004 roku Dean wygrał ultramaraton Badwater w Dolinie Śmierci – w blisko 50-stopniowym upale pokonała dystans 217 km w ciągu 27 godzin i 22 minut. Czy można zrealizować bardziej szalone wyzwania? Można! Autor przebiegł maraton, którego meta znajdowała się na biegunie południowym, a także pokonał 320 kilometrowy bieg sztafetowy, w pojedynkę ścigając się z dwunastoosobowymi zespołami. A to tylko niektóre z jego wyczynów!
Biegowe sukcesy autora niewątpliwie robią wrażenie. Ale w tej wspaniałej opowieści o wielkiej pasji urzekło mnie coś jeszcze. A mianowicie to, że Dean Karnazes to taki sam facet jak my! Żona, dzieci, odpowiedzialna praca, a mimo wszystko potrafi znaleźć czas na realizację swojej pasji. I co ważne, robi to w taki sposób, żeby nie ucierpieli na tym jego najbliżsi, co jak sam wspomina, wymaga pewnych wyrzeczeń:

„Jeśli przygotowuję się do zawodów ultra, staram się przebiegać 110 – 160 km tygodniowo. Wstaję wtedy o 4:00 rano i biegam przez trzy godziny, zanim odwiozę dzieci do szkoły i pojadę do biura. Jeśli to możliwe, staram się wcisnąć 45-60 minut treningu po pracy (rzadko korzystam z przerwy na lunch, chyba że w jego trakcie mam spotkanie). W sobotnie poranki staram się zrobić sobie długie wybiegania: 50-65  km (podobnie jak w tygodniu, w trasę ruszam około 4:00 rano – chcę wrócić na tyle wcześnie, by spędzić weekend z rodziną). Innymi słowy, grafik mam zapełniony, ale nie zamieniłbym go na żaden inny.”.

„Ultramaratończyk” to z pewnością książka, którą czyta się jednym tchem. Dean opisując kolejne biegi opowiada o świecie ultramaratonów, sukcesach, euforii ale również o towarzyszącym bólu i zwątpieniu. Robi to w sposób niezwykle realistyczny – czytając książkę miałem wrażenie, że biegnę obok niego i obserwuję jego walkę z własnymi słabościami. Mocną stronę książki niewątpliwie jest prosty język oraz naprawdę duża dawka humoru. Jest to z pewnością najlepsza książka o tematyce biegowej, jaką miałem okazję przeczytać. Wam również ją gorąco polecam!