OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Noworoczne wybieganie

Stare polskie przysłowie mówi, że „Nowy Rok jaki, cały rok taki”. 1 stycznia 2014 roku nie poszedłem pobiegać i efekt był taki, że prawie pół roku walczyłem z kontuzjami. Nie jestem przesądny, ale tym razem wolałem nie kusić losu i 2015 rok przywitałem, tak jak na biegacza przystało, czyli ponad 15-kilometrową wycieczką biegową po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym.

Jako że w tym roku Sylwestra uczciliśmy z żoną w domowym zaciszu, nie miałem większych problemów ze wstaniem. Bieg rozpocząłem w Oliwie. Jako pierwszy cel dzisiejszej wycieczki obrałem wieże widokową na Wzgórzu Pachołek, z której rozpościera się wspaniały widok na Gdańsk i Zatokę Gdańską. Jeszcze niedawno droga prowadząca na Pachołek była w opłakanym stanie. Na szczęście przeprowadzony został remont i na sam szczyt prowadzą nowiutkie schody. Wdrapałem się na wieżę i zrobiłem kilka zdjęć. Pomimo tego, że na Pachołku byłem przynajmniej kilkanaście razy, to za każdym z nich jestem pod wrażeniem – jest pięknie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalsza droga to sam las. Jak to bywa w trójmiejskich lasach, łatwo nie było. Liczne podbiegi dały w kość, a dodatkowym urozmaiceniem była ślizgawica i błoto. Pewnie jeszcze wczoraj biegłbym po śniegu, ale w ciągu nocy śnieg stopniał i pozostała mokra breja. Już po kilkuset metrach wiedziałem, że tego biegu nie zakończę suchą nogą. Sam bieg to istna poezja. Biegłem spokojnym tempem. Na podbiegach zwalniałem, a jak oddech stawał się ciężki, to nawet przechodziłem w marsz. Na zbiegach przyspieszałem, pędząc na niektórych odcinkach ile pary w nogach. Generalnie całą trasę pokonałem bez pośpiechu, bez spinania, ale tak właśnie miał wyglądać ten bieg.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pokonując kolejne kilometry rzuciło się mi w oczy, że jestem sam w tym całym wielkim lesie. Poza jedną parą na Pachołku nie spotkałem żywej duszy. Nie wiem, czy wszyscy leczyli kaca, czy przestraszyły ich roztopy. Biegnąc w samotności przez leśne ścieżki zdałem sobie sprawę, że dobrze mi z tą legendarną samotnością długodystansowca. Na początku mojej biegowej przygody czułem konieczność trenowania z grupą. Potrzebowałem motywacji, odpowiedniej atmosfery oraz pozytywnie zakręconych ludzi. Wraz z upływającym czasem zacząłem coraz bardziej doceniać spokój lasu. Biegnąc w grupie, rozmawiając, słuchając muzyki tracimy możliwość obcowania w pełni z naturą, przestajemy zauważać to, co warto zobaczyć. Bieganie w samotności ma jeszcze jedną wielką zaletę – daje czas na przemyślenia. Niby nic wielkiego, ale kto w tym pędzącym świecie ma czas spokojnie porozmawiać ze sobą, zastanowić się nad swoim życiem, pomyśleć o tym, co  ważne? Myślę, że coraz mniej z nas.