OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zielony szlak znowu górą

Chyba każdy biegacz ma takie momenty, w których z chęcią przerwałby trening i wrócił do domu. 30. kilometr, ból mięśni, ciężki oddech, brak paliwa, które byłoby w stanie pchać nasz organizm do przodu… Kto tego nie zna? Chyba każdy z nas. Mi również zdarzają się takie chwile słabości – czasami po 20. kilometrze, innym razem po 25. Podczas dzisiejszego treningu było zupełnie inaczej. Chciałem zawrócić już po 3. kilometrze. A wszystkiemu winien był zielony szlak, biegnący przez Trójmiejski Park Krajobrazowy.

Przygotowania do maratonu idą pełną parą. Jakiś czas temu wspomniałem o pewnym eksperymencie, który postanowiłem przeprowadzić sam na sobie. Otóż chcę sprawdzić, czy trenując dwa razy w tygodniu dam radę przygotować się do przebiegnięcia maratonu w czasie 3:30-3:45. Zadanie wydaje się trudne, ale staram się w miarę konsekwentnie realizować założony plan treningowy. Na dzisiejszy dzień miałem przewidziane 20 kilometrów w urozmaiconym terenie (przełaj). W związku z powyższym wrzuciłem na nogi buty trailowe, plecak na plecy, trochę wody w butelkę i ruszyłem w kierunku Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Pierwszy kilometr spokojnie – delikatnie pod górkę, ale bez większych trudności. Kolejne kilkaset metrów też jakoś poszło. Pod koniec drugiego kilometra skręciłem w chyba najbardziej urozmaicony teren TPK, czyli zielony szlak. I zaczęło się piekiełko :) Pokonywałem ten odcinek wiele razy, ale nigdy nie udało mi się przebiec go w całości. Podbiegi są tak strome, że w połowie górki zaczyna brakować tchu. Zresztą zastanawiam się, czy jest ktoś, kto przebieg ten odcinek bez zatrzymywania się i przechodzenia z biegu w marsz. Jeżeli ktoś z Was tego dokonał, to szczerze podziwiam. Ja nie daję rady, co widać po średnim tempie 2., 3. i 4. kilometra. Po 3-kilometrowej walce czekał mnie przyjemny zbieg do Oliwy. Oczywiście, odpoczynek był krótki, ponieważ w Oliwie trzeba było wdrapać się na Wzgórze Pachołek. Na szczycie zrobiłem sobie krótki odpoczynek. Dalsza trasa była już dużo przyjemniejsza – leśne ścieżki, ale już bez większych podbiegowych szaleństw. Po drodze spotkałem znajomych, którzy pod opieką Radosława Dudycza przygotowują się do 1. PZU Gdańsk Maraton. Po ich zmęczonych twarzach było widać, że uczciwie trenują, więc można spodziewać się wspaniałych rezultatów na królewskim dystansie.  Po ok. 13 kilometrach biegu przyszedł czas na decyzję, czy kontynuować bieg niebieskim szlakiem, czy wybrać mniej wymagającą opcję miejską. Las korcił mnie bardzo, ale zielony szlak dał mi trochę w kość, a dzisiejszy bieg miał być z kategorii luźnych, więc z bólem serca poszedłem na łatwiznę. Jeszcze tylko 6 km spokojnego biegu i znalazłem się w domu. Razem wyszło ok. 19 km, ze średnim tempem 5:45 min/km.

Jakieś wnioski po biegu? A no jeden, ale niezwykle istotny – jeżeli mam brać się za górskie biegi ultra, to czeka mnie dużo pracy nad siłą. Bo przy obecnej formie moich mięśni górskie podbiegi chyba by mnie zabiły ;)