OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IV Bieg po Rybę

Ostatnio coraz częściej dochodzę do wniosku, że powoli przestają bawić mnie wielkie, komercyjne imprezy biegowe. Nie twierdzę, że nie będę brał w nich udziału, ale drastycznie zmniejszyłem ilość biegów, w których startuję. Za to coraz chętniej uczestniczę w mniejszych imprezach, których organizatorzy nie zapewniają wspaniałych pakietów startowych, pryszniców, masażystek, ale oferują dobrą zabawę i miłą atmosferę. Takich kameralnych biegów jest pełno, jednak jako odpowiedzialny ojciec 8-tygodniowego Olka nie zostawiam rodziny na dłużej niż kilka godzin. A więc nie ma wyjścia i trzeba szukać biegów na terenie Trójmiasta. Dlatego postanowiłem wystartować w IV Biegu po Rybę.

Wiele słyszałem o poprzednich edycjach tego biegu. O II edycji biegacze mówili mało pochlebnie. Za to o III edycji biegu słyszałem dużo dobrego – można było wywnioskować, że organizatorzy biorą do serca uwagi biegaczy i robią wszystko, żeby było tylko lepiej. Dlatego mogłem przypuszczać, że IV edycja biegu spełni moje oczekiwania.

Miasteczko biegowe ulokowane zostało na parkingu przy Parku Handlowym „Matarnia”. Jak przystało na przyszłego triathlonistę, na miejsce pojechałem rowerem. Chociaż start biegu głównego zaplanowany został na godzinę 12:00, to najpóźniej do 11:00 trzeba było odebrać pakiety startowe. Należę do ludzi, którzy z reguły nie spóźniają się, a wręcz przeciwnie – są zawsze dużo przed czasem, dlatego pojawiłem się na miejscu parę minut po 10:00. Ogarnęło mnie lekkie zdziwienie, kiedy okazało się, że aby odebrać pakiet startowy, muszę odstać swoje w kolejce. Nie chodzi o to, że jestem jakiś wygodny, czy coś w tym stylu, ale o to, że przy tak małym biegu odbiór pakietu startowego powinien być szybką formalności. W przypadku Biegu po Rybę wystarczyło do wydawania pakietów zaangażować jedną dodatkową osobę i byłoby rewelacyjnie. Z drugiej strony, korona mi z głowy nie spadła, a w kolejce spotkałem wielu znajomych, więc czas upłynął bardzo przyjemnie.

IV Bieg po Rybę

Kilka minut przed 12:00 udaliśmy się z Waldkiem Misiem na miejsce startu. Punktualnie w południe ruszyliśmy na 15-kilometrową trasę po leśnych pagórkach Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Początkowy fragment był bardzo przyjemny, ponieważ lecieliśmy z górki. Niestety, wiadomo, że jak się zbiegło, a start i meta są w tym samym miejscu, to będzie trzeba wdrapać się na górę. Muszę przyznać, że podbiegi, jakie zaoferowali nam organizatorzy niemal mnie zabiły. I nie chodzi o to, że były jakieś piekielnie trudne, bo większość z nich wielokrotnie pokonywałem podczas treningów. Ta niemal agonia spowodowana była moją głupotą – po prostu byłem za bardzo towarzyski na wcześniejszym „spotkaniu towarzyskim”, czego konsekwencją był drastyczny spadek formy. I to do tego stopnia, że na dwóch podbiegach zmuszony byłem odpuścić sobie zabawę w kozicę górską i przejść do marszu. No właśnie – gdyby nie te podbiegi, to byłby to wspaniały leśny spacer.

IMG_4280

Tak jak wspomniałem wcześniej, niemal cała trasa wiodła leśnymi ścieżkami Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Moim zdaniem, organizatorzy stanęli na wysokości zadania i oznaczyli trasę tak, że ciężko było się zgubić. Podkreślam, że jest to moje zdanie, bo znam przynajmniej trzy przypadki osób (Misiów ;) ), którym udało się zgubić drogę i zrobić kilka dodatkowych kilometrów. Dla mnie bomba, bo pewnie te osoby przegoniłyby mnie i nie przekroczyłbym mety jako 42 zawodnik, a np. jakiś 44. A to byłaby prawdziwa tragedia ;) Co mi się podobało na trasie, to trzy punkty z wodą, która tego dnia smakowała mi wyjątkowo. Tylko mam nadzieję, że zawodnicy wyrzucając kubki po wodzie wzięli do serca fakt, że biegną po parku krajobrazowym i kubki nie znalazły się w krzakach….

Linię mety przekroczyłem po 1:19:14. Na miejscu otrzymałem pamiątkowy medal. Do szczęścia brakowało mi tylko punktu z wodą. Okazało się, że wodę można było dostać, ale nie na mecie, a w punkcie, w którym oddawało się chipy. Niby wszystko ok, ale punkt ten znajdował się kilkaset metrów od linii mety, a żeby oddać chip trzeba było…. postać w kolejce :)

IMG_4629

Sam bieg to nie koniec atrakcji. W ramach wpisowego organizatorzy zapewnili smaczną zupkę, na którą musieliśmy poczekać kilkadziesiąt minut. Niektórzy czekali cierpliwie, ja nie wytrzymałem i postanowiłem zapoznać się z ofertą food tracków, które ustawione zostały w miasteczku biegowym. Oczywiście, doczekałem się na przyjazd zupy, której również nie odmówiłem.

Ostatnią atrakcją IV Biegu po Rybę była dekoracja zwycięzców oraz losowanie nagród, w tym roweru górskiego. Widać, że organizatorzy biegu stanęli na głowie, aby tych nagród było jak najwięcej, za co należą się im wielkie brawa. Ja sam wylosowałem żel pod prysznic i „superelastyczne ultranaturalne sztuczne paznokcie 24 sztuki”. Byłem zachwycony, ponieważ był to pierwszy bieg w życiu, z którego wróciłem z nagrodą.

Na koniec kilka zdań na temat organizacji. Zacznę od tego, że organizatorzy to przemili ludzie, którzy wkładają wiele serca i wysiłków, żeby sprostać oczekiwaniom biegaczy. Wiadomo, że nie da się wszystkim zrobić dobrze, więc zawsze znajdzie się jakieś „ale”. Ja też widzę pewne niedociągnięcia, jednak plusy zdecydowanie przysłoniły minusy. Bieg po Rybę jest to typowo rodzinna impreza – w myśl zasady „dla każdego coś miłego” organizatorzy przygotowali krótkie trasy dla dzieci oraz trzy trasy dla dorosłych (5, 10 i 15 km). Pomimo tego, że miasteczko biegowe ulokowane zostało na parkingu przed centrum handlowym, udało się stworzyć iście sielankową atmosferę. Jeżeli dołożymy do tego super trasę, punkty z wodą, pyszną zupkę oraz setki nagród, to mamy przepis na super imprezę.

Dziękuję Patrycji Sawicz za zrobienie dwóch ostatnich zdjęć! :)