DSC_0707_00008_blog

Rodzinny spacer do Gołębiewa

Wczorajszy dzień planowaliśmy spędzić na rajdzie pieszym, na który zaprosiła nas moja koleżanka z pracy. Niestety, okazało się, że przy 11-miesięcznym dziecku wyrobienie się na godz. 11:00 nie jest wcale taką oczywistą sprawą – śniadanie, kupka, ubieranie, zabawianie… Nie było szans, żeby dotrzeć na czas do Parku Oliwskiego. Musieliśmy poszukać alternatywy. Szybkie posiedzenie Rady Rodzinnej i postanowiliśmy, że zrobimy sobie nasz prywatny rajd.

Wyruszyliśmy z Oliwy i niebieskim szlakiem kierowaliśmy się do Gołębiewa. Cel naszej wycieczki nie był przypadkowy, ponieważ w Gołębiewie miało odbyć się ognisko ultrasów. Z Oliwy wyszliśmy jakoś ok. godz. 12:00. Wycieczka miała mieć charakter typowo rekreacyjny, jednak całkiem spore podejście na początku trasy spowodowało, że się zgrzaliśmy. Później było już tylko lepiej. Trasa w miarę płaska, piękna pogoda, zero wiatru, ptaszki śpiewają – jednym słowem istna sielanka. Człowiek nie wielbłąd, więc pić musi, dlatego zrobiliśmy małą przerwę na uzupełnienie płynów. Oczywiście, każdy spożywał trunki dostosowane do wieku.

Po ok. 10 km marszu dotarliśmy do Gołębiewa. Jeszcze kilkanaście metrów od ogniska zaczepił nas ZwoLo, który zwrócił się do nas z następującą prośbą:

– Słuchajcie, jest sprawa. Chodzi o to, że wszyscy przynieśli dużo jedzenia i piwa. Stąd prośba, abyście pomogli nam się tego pozbyć.

Generalnie nie odmawiam ludziom w potrzebie, ale tym razem musiałem, bo miałem w plecaku jeszcze kilka browarków. Pewnie wypiłbym ich więcej, ale odpowiedzialność ojca, prowadzącego wózek dziecięcy, wymagała ode mnie daleko idącej powściągliwości w spożywaniu trunków. Przy ognisku zgromadziła się całkiem pokaźna ekipa – część osób znałem jeszcze z czasów Akademii Biegania, spotkaliśmy również Wojtka, z którym kilka lat temu przemierzaliśmy bieszczadzkie szlaki. Poza tym cała rzesza pozytywnie zakręconych osobników, dzieci i psów. Posiedzieliśmy, trochę pojedliśmy, pozbyłem się ciężaru z plecaka i przyszedł czas wracać do domu.

Bardzo tęskniłem za takimi wycieczkami. Zanim wkręciłem się w bieganie, mój czas wolny wypełniała turystyka. Jeszcze przed narodzinami Olka jeździliśmy z Arletą w góry, przemierzaliśmy szlaki Warmii, Mazur i Pomorza. Przejechaliśmy rowerami całe polskie wybrzeże, Mazury, Suwalszczyznę, dojechaliśmy aż do Wilna. Może nie są to jakieś imponujące wyczyny, może ma to mało wspólnego z wysiłkiem sportowym, ale były to wyjazdy, na których człowiek naprawdę odpoczywał. I myślę, że czasami warto zwolnić, odstawić na bok bicie rekordów, nałożyć wygodne buty i ruszyć na spacer do lasu. Bez wielkiego wysiłku, bez sapania, bez bicia rekordów. Zobaczycie, że las wygląda trochę inaczej, że ptaki głośniej śpiewają, a leśny strumyk zmienił swój bieg. A przede wszystkim odpoczniecie.