Garmin MTB Series Gdańsk – wspomnienia debiutanta

Autor jedzie rowerem MTB po leśnej ścieżce

27 km po leśnych, błotnistych ścieżkach, ponad 650 metrów przewyższeń, techniczne zjazdy, strome podjazdy oraz dużo dobrej zabawy. Tak w skrócie można opisać wyścig Garmin MTB Series Gdańsk, który odbył się 18 września. 

O starcie w wyścigu MTB myślałem od dawna. Jednak za każdym razem, kiedy byłem bliski zapisania się na jedną z lokalnych imprez, coś mi wypadało. Z perspektywy czasu wiem, że to nie były prawdziwe powody, a jedynie preteksty. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że prawdziwym powodem odkładania startu była blokada psychiczna. Skąd ta blokada? Już tłumaczę.

Jakiś czas temu, podczas leśnych szaleństw, miałem wypadek. Skutki nie były mega straszne, ale uszkodziłem sobie żebra. Nic wielkiego – dało się z tym żyć. Jednak z biegiem czasu uzmysłowiłem sobie, że poza fizycznym uszczerbkiem na zdrowiu, coś we mnie pękło. Nie, nie to nie była czaszka. To była moja psychika. Po upadku zrezygnowałem z zabawy na technicznych odcinkach. Doszło do tego, że nawet kupiłem rower szosowy. Jednak cały czas ciągnęło wilka do lasu.

Jakieś 3 miesiące temu postanowiłem coś z tym zrobić. Gdzieś rzuciło mi się w oczy, że Bartosz Banach prowadzi treningi MTB dla początkujących. I to był strzał w dziesiątkę! Już na pierwszym treningu zjeżdżaliśmy z górek, przed którymi mój mózg bronił się, jak tylko mógł. Pierwszy zjazd był bardzo zachowawczy. Ale już drugi był całkiem przyjemny. I to był przełomowy moment – odzyskałem radochę z jazdy! 

Trzeba było kuć żelazo, póki gorące. Przeglądając facebooka trafiłem na info o Garmin MTB Series. Okazało się, że pierwsze zawody tego cyklu odbędą się w Gdańsku. Decyzja była błyskawiczna – zapisuje się!

Rekonesans trasy

Kilka dnia przed zawodami wybrałem się na rekonesans trasy. Zależało mi na przejechaniu bardziej wymagających odcinków. Patrząc okiem żółtodzioba trasę zakwalifikowałem do umiarkowanie trudnych. Nie był to jakiś hardcore. Jednak jej pokonanie wymagało obeznania z jazdą w terenie i przyzwoitej kondycji. Pewną trudność stanowiły dwa podjazdy, na których spuchłem. Zjazdy okazały się nie takie straszne, jak wydawały się na pierwszy rzut oka. Ale były odcinki, na których trzeba było zachować szczególną ostrożność.

Na trasie wyścigu znalazło się kilka trudniejszych odcinków, w tym popularne „korzonki” ❤️

Generalnie wniosek z objazdu był taki, że trasę da się pokonać. Przy odrobinie szczęścia nawet w jednym kawałku. Nie wziąłem pod uwagę jednego – padającego przez kilka dni deszczu. A lało od środy do sobotniego poranka. Ponad 3 dni deszczu oznaczało jedno – będzie mokro, ślisko i błotniście. 

Gotowi do startu? Hmm…

Sobota rano. Wyjrzałem przez okno – padało. Jednak prognozy wskazywały, że za 2-3 godziny powinno przejaśnić się. Aura nie zachęcała do wyjścia, ale nie było odwrotu. Wrzuciłem do plecaka ubrania na zmianę, niezbędne narzędzia, dwa napoje izotoniczne, dwa batony oraz kilka innych drobiazgów. Byłem gotowy do drogi.

Tak się złożyło, że miałem unieruchomione auto. Nie było wyjścia – trzeba było jechać rowerem. Na szczęście do miejsca startu miałem tylko 6 km. Trasa prowadziła przez las, prawie cały czas z górki. Byłoby nawet przyjemnie, gdyby nie ten deszcz. Na miejsce startu przyjechałem mokry. Na szczęście okazało się, że optymistyczne prognozy sprawdziły się i już po chwili przestało padać.

W miasteczku zawodów standard – odbiór pakietu startowego, przymocowanie numeru do kierownicy oraz ostani przegląd roweru i ekwipunku. Jestem z tych, co wszędzie przyjeżdżają z dużym zapasem czasu. Dzięki temu mogłem wszystko zrobić na spokojnie. Z drugiej strony czas stawał się moim wrogiem, bo z każdą minutą było mi coraz zimniej. A zimno to zło. Dlatego skorzystałem z ogrzewalni w postaci biura zawodów. Tak dotrwałem prawie do godz. 11:00.

O godz. 11:00 wystartowali zawodnicy rywalizujący na dystansie MAXI (ok. 54 km). Nasz start zaplanowany na godz. 11:10. Jako „świeżak” otrzymałem przydział w ostatniej strefie startowej.

Start zawodników z dystansu MAXI
Start zawodników z dystansu MAXI

Chciałem być dobrym chłopcem i nie przeszkadzać doświadczonym zawodnikom. Dlatego ustawiłem się na końcu strefy. Z tego, co kojarzę, to przekroczyłem linię startu jako ostatni zawodnik. Już po pierwszych kilkuset metrach wiedziałem, że tego dnia będzie ze mnie marny koń. Całe szczęście byli tacy, których dyspozycja była się jeszcze gorsza. Miałem chytry plan, żeby ich wyprzedzić. Okazało się, że to nie jest takie proste. Wąskie ścieżki utrudniały wyprzedzanie, podobnie jak techniczne odcinki. A długich, szerokich i prostych fragmentów, umożliwiających „przeskoczenie” kilku osób, było na trasie Garmin MTB, jak na lekarstwo. Wyszło tak, że noga podawała, ale nie byłem w stanie tego wykorzystać. Jak czułem, że znalazłem w sobie pokłady odwagi, żeby zjechać na technicznym odcinku, to nie miałem jak, bo kilka osób przede mną prowadziło rowery. Podobnie było na podjazdach – jak jeden z zawodników zsiadł z siodła, to następni też lecieli na nogi i pozostałą część górki pokonywali pchając rower. I tak było do samego końca. Jednak mimo zatorów udało mi się wyprzedzić kilkadziesiąt osób. 

Oczywiście, taktyczny błąd z ustawieniem się na końcu stawki nie był jedynym powodem średniego wyniku. Bez dwóch zdań – braki techniczne oraz waga ciężka robią złą robotę. Jeżdżę rowerem dobrych kilka lat, ale do niedawna skupiałem się wyłącznie na tłuczeniu kilometrów. Ćwiczeń technicznych nie robiłem. Od jakiś 2 miesięcy więcej uwagi poświęcam technice jazdy. I nie chodzi tylko o to, żeby poprawiać wyniki. MTB to niebezpieczny sport. Braki w technice to proszenie się o kłopoty. Więc zdobywanie nowych umiejętności to nie tylko większa radość z jazdy, ale również troska o bezpieczeństwo. Jeśli chodzi o wagę, to sprawa jest prosta – wciągnąć na górę 87 kg to niezły wyczyn. Staram się, ale nie idzie mi łatwo. Przydałoby się zejść z jakieś 7-8 kg. Jednak znam siebie i wiem, że graniczy to z cudem.

Jeśli chodzi o trasę, to nie taki diabeł straszny, jak go malują.  Wbrew wcześniejszym obawom nie było tak tragicznie. Błota było sporo, trzeba było uważać na uślizgi koła i rozważnie korzystać z hamulca. Ale dało się pokonać trasę bez większych problemów. Z drugiej strony wiem, że kilka osób zaliczyło upadki, a część z nich wymagała pomocy służb medycznych. Na trasie, pomimo kiepskiej pogody, pojawili się kibice. Naliczyłem ich siedmiu, z czego trójka to najlepsi kibice na świecie – żona, córka i syn. 

Ubłocony rower po wyścigu MTB
Brudas 🙂

Podsumowanie

Pomysł startu w Garmin MTB Series Gdańsk był spontaniczny i nie do końca przemyślany. W dalszym ciągu mam wątpliwości, czy na pewno byłem przygotowany na to, żeby wystartować w wyścigu MTB. Z drugiej strony doświadczenia nie zdobędzie się jeżdżąc na leśne wycieczki. Bo wyścig kolarski to nie tylko siła, wytrzymałość i technika. To również dobra taktyka. Trzeba wiedzieć gdzie się ustawić, jak rozłożyć siły, w którym miejscu zaatakować. Tego wszystkiego trzeba się nauczyć. A przecież najlepiej jest uczyć się na błędach. 

Jeśli chodzi o same zawody, to jak najbardziej polecam. Trasa ciekawa, dobrze oznaczona. Pod względem organizacyjnym również nie ma do czego się przyczepić. A sorry, coś się znajdzie. Mój syn był zawiedziony, że tacie nie dali medalu…